Spacerowanie po pięknym Londynie zajęło nam sporo czasu. Słońce ogrzewało nas swymi promieniami
jeszcze kilka godzin temu, a już w drodze powrotnej towarzyszył nam lekki podmuch wiatru i rozświetlone latarnie. Otworzyłam drzwi do naszego pięknego mieszkania i zaczęła się nasza walka, która pierwsza pójdzie do toalety. Oczywiście kolejny raz odpuściłam, z Rose nigdy nie miałabym szans. Przyjaźnie się z nią od 10 lat jest dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam, po prostu wychowałam się w świecie samych mężczyzn. Moja mama odeszła od taty gdy miałam 5 lat, tęsknie za nią i brakuje mi jej. Jej rad, uśmiechu, żartów i troski, ale wiem że ułożyła sobie życia z jakimś prawnikiem i chyba jest szczęśliwa. No cóż a ta wariatka Rose, nigdy nie odpuszcza. Ona po prostu musi mieć to co chce. Nigdy nie miała chłopaka, nie potrafiła, wstydziła się, a też w przeszłości została skrzywdzona. Znów ja jestem przeciwieństwem Rose. Miałam dużo „chłopaków”, którzy no cóż nie byli warci mojego czasu ani uwagi. Tak wiele może nas różnić, tak inne jesteśmy, a mimo to potrafimy się dogadać choć może tylko w jednej sprawie nie. Łazienki. Myślałam jeszcze trochę o mojej rodzinie kiedy Rose wyrwała mnie z łazienki wychodząc z wrzaskiem i zamykając drzwi. Wstałam ze swojego łóżka i wyglądnęłam głową zza drzwi żeby zobaczyć o co te krzyki.
-Fujj! Weź ją proszę cię, weź!- krzyczała z nutą rozpaczy w głosie. Stała tak owinięta ręcznikiem i zmoczoną głową, na której jeszcze był niespłukany szampon.
-Rose, co się stało?- pytam nie mogąc ukryć lekkiego rozbawienia z jej zachowania.
-Tam- wskazała palcem na drzwi do łazienki-jest myszaa!- byłam blisko padnięcia na ziemie ze śmiechu. Może i Rose była silniejsza ode mnie, ale przy myszach stawała się słaba. Bała się ich. Weszłam po cichu do łazienki i zaczęłam szukać zwierzęcia, które narobiło tyle hałasu. Małe, czworonożne stworzenie szalało w wannie nie mogąc się z niej wydostać. Nie mam pojęcia jak się tam znalazła, ale jedno jest pewne. Trzeba ją wyciągnąć, bo inaczej Rose nie dokończy swej kąpieli i będzie chodzić naburmuszona. Wzięłam ręcznik, który miałam pod ręką i przy jego pomocy chwyciłam maleństwo. Była malutkich rozmiarów, więc nie było z nią problemów. Trzymałam ją w ręczniku i szłam przez korytarz żeby zejść po schodach. Szłam już przez salon, kiedy nagle zza ściany wybiegła Rose. Wystraszyłam się i poluzowała uścisk, co od razu wykorzystało stworzenie w nim siedzące. Wyskoczyła z niego i rzuciła się wprost na moją przyjaciółkę. I się zaczęła gonitwa. Rose uciekała za nią mysz, a na końcu za nimi obiema ja.
-Rose zatrzymaj się! Ona tylko biegnie za tobą bo ty biegniesz!- za wszelką cenę chciałam, żeby się zatrzymała.
-Nie ma mowy! Po moim trupie! Jeszcze mnie ugryzie.- I zaczęła wbiegać po schodach, co dwa stopnie.
Tu już miałam tą spryciule. Z powrotem rzuciłam lekko na nią ręcznik i lekko owinęłam. Szybkim tempem wyniosłam ją na pole i wypuściłam. Zamknęłam drzwi i się o nie oparłam. Ześlizgnęłam się po nich i dostałam napadu śmiechu.
-Rose! Nie ma jej już!-mówiłam między śmiechem - Chodź to uczcić!
-Zaraz zejdę tylko dokończę swoją toaletę!-odpowiedziała mi z góry.
Czekałam na nią przygotowując kieliszki i wino, a także szukając po internecie naszego ulubionego filmu "Trzy Metry Nad Niebem". Kiedy zeszła ja szybko pobiegłam jeszcze się umyć po tym wykańczającym dniu i już kilka minut później przy winie leżałyśmy na kanapie oglądając film. Nawet nie wiem kiedy odpłynęłam w krainę Morfeusza.
jeszcze kilka godzin temu, a już w drodze powrotnej towarzyszył nam lekki podmuch wiatru i rozświetlone latarnie. Otworzyłam drzwi do naszego pięknego mieszkania i zaczęła się nasza walka, która pierwsza pójdzie do toalety. Oczywiście kolejny raz odpuściłam, z Rose nigdy nie miałabym szans. Przyjaźnie się z nią od 10 lat jest dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam, po prostu wychowałam się w świecie samych mężczyzn. Moja mama odeszła od taty gdy miałam 5 lat, tęsknie za nią i brakuje mi jej. Jej rad, uśmiechu, żartów i troski, ale wiem że ułożyła sobie życia z jakimś prawnikiem i chyba jest szczęśliwa. No cóż a ta wariatka Rose, nigdy nie odpuszcza. Ona po prostu musi mieć to co chce. Nigdy nie miała chłopaka, nie potrafiła, wstydziła się, a też w przeszłości została skrzywdzona. Znów ja jestem przeciwieństwem Rose. Miałam dużo „chłopaków”, którzy no cóż nie byli warci mojego czasu ani uwagi. Tak wiele może nas różnić, tak inne jesteśmy, a mimo to potrafimy się dogadać choć może tylko w jednej sprawie nie. Łazienki. Myślałam jeszcze trochę o mojej rodzinie kiedy Rose wyrwała mnie z łazienki wychodząc z wrzaskiem i zamykając drzwi. Wstałam ze swojego łóżka i wyglądnęłam głową zza drzwi żeby zobaczyć o co te krzyki.
-Fujj! Weź ją proszę cię, weź!- krzyczała z nutą rozpaczy w głosie. Stała tak owinięta ręcznikiem i zmoczoną głową, na której jeszcze był niespłukany szampon.
-Rose, co się stało?- pytam nie mogąc ukryć lekkiego rozbawienia z jej zachowania.
-Tam- wskazała palcem na drzwi do łazienki-jest myszaa!- byłam blisko padnięcia na ziemie ze śmiechu. Może i Rose była silniejsza ode mnie, ale przy myszach stawała się słaba. Bała się ich. Weszłam po cichu do łazienki i zaczęłam szukać zwierzęcia, które narobiło tyle hałasu. Małe, czworonożne stworzenie szalało w wannie nie mogąc się z niej wydostać. Nie mam pojęcia jak się tam znalazła, ale jedno jest pewne. Trzeba ją wyciągnąć, bo inaczej Rose nie dokończy swej kąpieli i będzie chodzić naburmuszona. Wzięłam ręcznik, który miałam pod ręką i przy jego pomocy chwyciłam maleństwo. Była malutkich rozmiarów, więc nie było z nią problemów. Trzymałam ją w ręczniku i szłam przez korytarz żeby zejść po schodach. Szłam już przez salon, kiedy nagle zza ściany wybiegła Rose. Wystraszyłam się i poluzowała uścisk, co od razu wykorzystało stworzenie w nim siedzące. Wyskoczyła z niego i rzuciła się wprost na moją przyjaciółkę. I się zaczęła gonitwa. Rose uciekała za nią mysz, a na końcu za nimi obiema ja.
-Rose zatrzymaj się! Ona tylko biegnie za tobą bo ty biegniesz!- za wszelką cenę chciałam, żeby się zatrzymała.
-Nie ma mowy! Po moim trupie! Jeszcze mnie ugryzie.- I zaczęła wbiegać po schodach, co dwa stopnie.
Tu już miałam tą spryciule. Z powrotem rzuciłam lekko na nią ręcznik i lekko owinęłam. Szybkim tempem wyniosłam ją na pole i wypuściłam. Zamknęłam drzwi i się o nie oparłam. Ześlizgnęłam się po nich i dostałam napadu śmiechu.
-Rose! Nie ma jej już!-mówiłam między śmiechem - Chodź to uczcić!
-Zaraz zejdę tylko dokończę swoją toaletę!-odpowiedziała mi z góry.
Czekałam na nią przygotowując kieliszki i wino, a także szukając po internecie naszego ulubionego filmu "Trzy Metry Nad Niebem". Kiedy zeszła ja szybko pobiegłam jeszcze się umyć po tym wykańczającym dniu i już kilka minut później przy winie leżałyśmy na kanapie oglądając film. Nawet nie wiem kiedy odpłynęłam w krainę Morfeusza.
.gif)


.gif)